
Stało się coś nad czym długo myślałem !!
Pora zdobyć wszystkie najwyższe europejskie szczyty górskie dla wyjątkowej osoby.
Moja przygoda z tym projektem rozpoczyna się o dziwo nie w Polsce, a w kraju w którym praktycznie spędzam większość roku. Oczywiście mowa tu o Niemczech.
Skąd pomysł na taki projekt? Możecie dowiedzieć się tego tutaj :
https://www.obiektywnekadry.pl/koronaeuropy/
Opisując przebieg wejścia na najwyższy szczyt Niemiec ( Zugspitze 2962 m.n.p.m) muszę na wstępie pozdrowić moich kolegów, z którymi miałem okazję debiutować w tym projekcie
Wojtek, Bartek wielkie dzięki za towarzystwo i do następnego! Mam nadzieję, że będzie to szybciej niż planowaliśmy.
Zugspitze należy do pasma górskiego Wettersteingebirge znajdującego się w Alpach Bawarskich (Tyrolsko-Bawarskich Alpach Wapiennych) na granicy niemiecko-austriackiej w okręgu Garmisch-Partenkirchen.
Naszą przygodę zaczęliśmy już w czwartek 04.08.2022 kiedy to chłopaki przyjechali do mnie ze swoich miast oddalonych od mojego o jakieś 250 km. Po kilku piwkach i długiej rozmowie poszliśmy spać by obudzić się wraz z budzikiem, który został nastawiony na godzinę 5.30
Punkt 6:00 byliśmy już w samochodzie, a nawigacja pokazywała 110 km do naszego parkingu.


Hammersbacher Fußweg Höllentalstraße, 82491 Grainau
Spokojnym tempem dopakowaliśmy się lub zostawiliśmy rzeczy, które po przemyśleniu nie były nam potrzebne (w moim przypadku był to np. dron ) Szybka płatność za dwudniowy parking (20€) i ruszyliśmy w trekking w stronę schroniska Höllentalangerhütte, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. Droga z moją kondycją o dziwo przebiegała bardzo przyjemnie i szybko. Zanim zdążyłem wylać swoje ostatnie litry potu na szlaku to w oddali pojawił się punkt, na który czekaliśmy.
Był to naturalny wąwóz o nazwie Höllentalklamm ![]()







Koszt wejścia do wąwozu to 6€, my zapłaciliśmy 2€ z racji, że posiadamy karty członkowskie klubu alpejskiego, które są rownież naszym ubezpieczeniem. Paragon należy zachować jeśli będziemy się wracać.
Droga tego wąwozu często wiodła wykutym w skale tunelem, w którym zamontowane było oświetlenie. Miejscami chroniło nas to od całkowitego przemoczenia, ponieważ na zewnątrz było mnóstwo wody, która spływa po skałach z każdej możliwej strony
Po godzinnej tułaczce w ciasnych tunelach, wyszliśmy na powierzchnie i ostatnią prostą dotarliśmy do naszego celu na ten dzień.
Resztę dnia spędziliśmy na tarasie chłodząc się zimnymi napojami i próbując różnorakiego jedzenia, którego zdecydowanie każdy z nas NIE POLECA !! Chyba wszystkie posiłki były z gotowych proszków, ale jak człowiek głodny, to zje wszystko 😀 Nadszedł czas planowania, o której godzinie wychodzimy na szczyt. Zdecydowaliśmy, że wstajemy o godzinie 3 w nocy i od razu wychodzimy. Nim zdążyliśmy wszystko zaplanować rozpętała się niespodziewanie burza. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się trzymać naszego planu na kolejny dzień.







Gdy wybiła godzina 3:00 nasi współlokatorzy z pokoju jeszcze smacznie spali, a my byliśmy gotowi poczuć troche adrenaliny! Niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem, jak to w życiu bywa. Ledwo wstaliśmy z łóżek i… usłyszeliśmy zza okna ponowne mocne opady deszczu. Położyliśmy się dalej spać, ponieważ bezpieczeństwo w górach jest najważniejsze. O godzinie 6:00 wstaliśmy i zaczęliśmy przeglądać wszystkie strony internetowe z pogodą na ten dzień. Niestety nie były to prognozy, które napawają do uśmiechu… Co chwila wychodziliśmy na zewnątrz popijając kawę i sprawdziliśmy co dzieje się na niebie. Deszcz ustał, a my ostatecznie zdecydowaliśmy się ruszyć do góry. Po drodze dołączały kolejne osoby, które również tego dnia planowały atak szczytowy 😉






Sama droga mijała przyjemnie, a poburzowe chmury robiły co chwile spektakl, który fotografowaliśmy. Szybko doszliśmy do etapu, którego się najbardziej obawialiśmy, a był to lodowiec Höllentalferner (2250 m n.p.m). Nikt z nas nie miał jeszcze do czynienia z tak olbrzymią bryłą lodu i nie wiedzieliśmy czego się mamy spodziewać. Zaczęliśmy mimo wszystko zakładać raki na buty by bezpiecznie przejść. Pierwsze kroki były powolne by zobaczyć na co można sobie pozwolić, a po chwili zaczęliśmy normalnie poruszać się do przodu omijając kilkumetrowe szczeliny.





Po szczęśliwym przejściu lodowca został nam ostatni etap, a była to długa via ferrata, która prowadziła na najwyższą górę w Niemczech.
Tutaj dopiero moje siły z każdym krokiem zaczęły opadać i co chwila musiałem robić sobie przerwy na złapanie oddechu wypatrując równocześnie, gdzie znajduje się krzyż, który znajduje się na szczycie.

Po 6 godzinach wędrówki od schroniska dotarliśmy na szczyt!
Zugspitze 2962m JEST NASZ!
Pomimo zamglenia i braku widoczności na cokolwiek cieszyliśmy się, że podjęliśmy słuszną decyzję wyruszając z rana na szczyt. Po krótkim odpoczynku zjechaliśmy kolejką (37€) w kierunku Eibsee, po czym ruszyliśmy pociągiem w stronę auta.
(zjeżdżając kolejka nie musimy kupować ponownie biletu na pociąg, jest on w cenie)
Czas na kolejne przygody!!